środa, 31 października 2012
Blog został przeniesiony TU
21:30, ropaitran
Link Komentarze (4) »
piątek, 31 sierpnia 2012
Niewątpliwą atrakcją tego lata był nasz wypad na Preikestolen. Preikestolen jest jedną z największych atrakcji tego kraju. Jest to klif nad ponad 40 km fiordem Lysefjord, który znany jest z tego, że jego ściany wznoszą się często na około 1000 m wysokości. No jednym słowem pięknie.
Generalnie wypad w to miejsce w sezonie letnim to taka trochę pomyłka ze względu na tłumy. Ale, że nie mieliśmy innej opcji związanej z powierzeniem opieki nad dziećmi, to braliśmy co dają.
Dojazd na miejsce wynosi trochę ponad godzinę. Biorąc pod uwagę to, że nie zawsze zdąży się na prom, trzeba zrobić przerwę na posiłek, porobić trochę zdjęć,  popozować do zdjęć, i nie zawsze zdąży się na prom w drugą stronę- cała wycieczka (ze Stavanger) zajmuje około 7-8 godzin. Ale jest to 8 godzin dobrze zainwestowane.
Zdjęcia z Pulpit Rock zapewne wszyscy już gdzieś tam widzieli. Ale i tak wklejam swoje.



















Nie mieliśmy idealnej pogody, ale za to mieliśmy idealne dla siebie towarzystwo otoczone tysiącem innych osób. Przez pierwszą godzinę wchodziło się naprawdę beznadziejnie. Normalnie jeden za drugim. Spokojnie można było wąchać cudze poty.
Po godzinie towarzystwo się jakoś wykruszyło. Byli młodzi i wysportowani w lajkrach, starzy w słomianych kapeluszach, Litwini w dresach i z papierosem, przeklinający Polacy, Azjaci z aparatami, dzieci w kroksach i ludzie z psami. Trasa nie jest jakaś specjalnie trudna, ale potrafię sobie wyobrazić, że jak trochę popada deszcz, to skały po których się wchodzi mogą się zrobić naprawdę śliskie. Dlatego szokowało mnie to, jak wielu ludzi wchodzi na góre w nieodpowiednim obuwiu. I te ślizgające się dzieci w crocsach... Luuuuudzie, w Norwegii odpowiednie buty to naprawdę podstawa!
Jak już się wejdzie to oczywiście fajnie jest tak sobie posiedzieć, wypić herbatkę, wciągnąć chlebuś i pomarzyć, że umie się latać. Można też rozerwać się obserwując rodaków robiących sobie zdjęcia typu: patrzcie jaki jestem śmieszny, popycham żonę do przepaści.
A jak już się człowiek naje i napatrzy to trzeba zejść, wsiąść do samochodu i wrócić. Jeśli nie zdąży się na prom, to na osłodzenie, można sobie kupić snikersa lodowego.
Warto. Polecam. Bez małych dzieci. Tylko pamiętajcie o odpowiednich butach.
sobota, 25 sierpnia 2012
Lato minęło w tym roku dość szybko. Pomimo tego, że właściwie (z dwoma tygodniowymi wyjątkami)  siedzieliśmy w domu. Na początku lata perspektywa dwóch miesięcy z moimi jakże energetycznymi bąblami trochę mnie przerażała, ale w sumie nie było źle, a nawet było fajnie. Goście przyjeżdżali i wyjeżdżali i tak naprawdę na nic nie było czasu. Dlatego teraz mam zamiar odpocząć. Od zeszłego tygodnia zarówno Franek jak i Billy zaczęli chodzić do przedszkola. I nagle mam masę czasu dla siebie. I dla domu. Mam czas na godzinę ćwiczeń, dłuuuuuuugi prysznic, sprzątanie i jakieś tam projekty typu porządkowanie rzeczy, ktore powinny były być uporządkowane miesiące temu, naukę czegoś tam, gotowanie i nawet siedzenie na interku. Oczywiście wszystko się zmieni jak tylko dzieciaki zaczną chorować, bo na pewno zaczną. Ale póki co udaję, że jestem na wakacjach, bo tak trochę się czuję.
Postanowiłam, że do końca tego roku siedzę w domu i inwestuję w siebie. Głównie fizycznie. Zaczęłam biegać. Motywujemy się z koleżankami na fejsbuku i dziwne, ale nawet to bieganie lubię. BTW niesamowite jak bardzo te głupie aplikacje i wpisy na FB motywują. Jak widzę, że ktoś tam już dziś ćwiczył to nie mogę wysiedzieć w domu, aż nie pójdę sobie pobiegać. Jeżdżę też na rowerze, ale tylko wtedy kiedy nie wieje wiatr, bo jednak pod wiatr w Stavanger to żadna radocha niestety. Tutejszy wiatr może być naprawdę upierdliwy. Od następnego tygodnia zaczynam pilates. I jak tylko otworzą lodowisko to mam zamiar chodzić też na łyżwy. I oczywiście hula hop z obciążnikami (wydaje mi się, że to dzięki niemu właściwie prawie pozbyłam się pociążowego muffin top).
A męczę się po to, żeby zimą być w formie i nie marnować czasu na nie jeżdżenie na biegówkach. No i oczywiście, żeby po tych ciążach wyhodować na brzuchu sześciopak.
Taki mam plan do końca roku. A potem zobaczymy co życie przyniesie. Jeśli będziemy mogli tu jeszcze zostać to zacznę szukać pracy, a jeśli nie to nie. Póki co, mam nadzieję, że będę miała więcej czasu na blogowanie.
Pozdrawiam tych, którzy tu jeszcze zaglądają.
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Kolega podrzucił nam wczoraj jednego ze złowionych przez siebie siedmiokilowych łososi.




Po podzieleniu (dziękuję norweskiej telewizji za program dla dzieci, w którym uczyli jak wyczyścić rybę) wyszło mi 30 obiadów.



Czas na nowe przepisy.

Jakiś czas temu wybraliśmy się wraz z naszymi polskimi przyjaciółmi na wycieczkę nad wodospad Månafossen (najwyższy wodospad w województwie Rogaland). Månafossen to jedna z głównych atrakcji turystycznych Stavanger.
Podejście do miejsca widokowego jest dość krótkie (20 minut), ale nawet strome. Są tam nawet kawałki z łańcuchami. Cztero czy pięcioletnim dzieciom trzeba pomagać, szczególnie przy zejściu.



Widok rzeczywiście całkiem fajny, ale jeśli chodzi o wodospady to widziałam fajniejsze hehe (w Portland). Samo miejsce widokowe mogłoby, moim zdaniem, mieć jakąś barierkę czy coś w tym stylu. Żeby się człowiek nie musiał martwić, że mu dziecko zaraz spadnie.







Za to późniejsze widoki moim zdaniem były powalające. Szliśmy jeszcze przez jakieś może pół godziny i doszliśmy do wspaniałego miejsca piknikowego w dolinie rzeki.
Było fajnie. Dzieciaki się wybiegały, a my nacieszyliśmy się widokami.
Warto tam zajechać, ale nie zawracać zaraz po dojściu do wodospadu, bo to co najlepsze jest kawałek dalej.















poniedziałek, 11 czerwca 2012
W dalszym ciągu uczymy się  norweskiego. Spotykamy się wieczorami na 1.5 godziny tygodniowo z naszą nauczycielką. Jakoś nam idzie, choć przyznam że zadań domowych nie chce nam się odrabiać jak diabli.
Ostatnio poprosiliśmy 'naszą panią' żebyśmy razem z nią obejrzeli Kong Curling. Słyszeliśmy, że to dobra komedia, ale niestety nie mogliśmy znaleźć tego filmu z podpisami. A nie czuliśmy się na siłach, aby oglądać go w oryginale. 'Nasza pani' miała nam pomóc w trudnych momentach. Pani bardzo często przystaje na nasze propozycję i oczywiście wypożyczyła ten film. Film był nawet zabawny, ale w sumie śmialiśmy się więcej niż nasza nauczycielka. Najpierw myślalam, że za dużo sobie dopowiedzieliśmy, ale później okazało się, że podobno strasznie dużo na tym filmie przeklinali i jej to nie śmieszyło. My znaliśmy tylko jedno przekleństwo po norwesku. Teraz dwa, bo dowiedzieliśmy się, że słowo 'szatan' to jedno z najgorszych norweskich przekleństw. Niezłe. Jak powiedzieliśmy pani, że zarówno w Polsce, jak i w Anglii mówi się do dzieci 'ty szatanie' albo 'ty diable' to nie chciała nam uwierzyć. I zrobiła wielkie oczy. A jak jej powiedzieliśmy, że gdyby na przykład jakiś wkurzony kierowca otworzył okno i krzyknął to nas 'szatan', to byśmy chyba pękli ze śmiechu, to też nie chciała nam uwierzyć.
NIedawno byłam w publicznej toalecie (to tak a propos tego co się u mnie ostatnio wydarzyło) i widziałam napisane na ścianie słowo 'szatan'. Pomyślałam sobie, że to chyba jakieś 5 letnie dziecko musiało napisać, bo tylko takie dzieci znają tak słabe przekleństwa. Myliłam się bardzo ...
No ale wracając do norweskiego to biorąc pod uwagę ile czasu poświęcamy na naukę (zero minut tygodniowo) to idzie nam całkiem nieźle. Mój mąż jest lepszy w pisaniu. Ostatnio nawet napisał jakieś zaproszenie na lekcje klubu wędkarskiego, ale coś tam pomylił i nikt się nie zgłosił hehe. Ja natomiast jestem lepsza w small talks. Nauczycielka co tydzień próbuje prowadzić z nami rozmowę i powoli zaczyna nam to wychodzić. Do prowadzenia rozmowy stosuję metodę na gadkę z wariatem.  Czyli: słucham pytania, na początek odpowiedzi dodaję TAK lub NIE, a na koniec dodaję wymieszane słowa z pytania. I tak sobie rozmawiamy godzinami... No ale czas zacząć uczyć się czasowników, aby nasze rozmowy były coraz bardziej barwne. Tylko komu by się chciało zakuwać, gdy wieczorem widno i można jeszcze długo jeździć na rowerze?



sobota, 09 czerwca 2012
W końcu przyszła do nas wiosna i narty zostały zamienione na rowery i auto-nogi.
















piątek, 08 czerwca 2012
Głos z głośnika: It`s 2:00 PM. The strike is over.
Kasjer: Sir! You can cash your cheque now.

Jakoś tak od trzech tygodni słyszy się, że co rusz ktoś tam strajkuje. Zaczęło się chyba od nauczycieli uczących w młodszych klasach i przedszkolach. Potem do strajku dołączyli pracownicy gmin, w tym służby wywożące śmieci, służby sprzątające szkoły i lotniska, ochrona na lotniskach, ochrona w sklepach i miejscach pracy, policja w niektórych miastach, a nawet służby więzienne.
Przyznam, że byłam w niezłym szoku. Ostatnio mieliśmy w szopce szczura i perspektywa bycia zasypanym przez śmieci, i tym samym przez szczury, trochę mnie przerażała.
U męża w firmie strajkowała ochrona. Nie wiem za bardzo czego się domagali, ale naprawdę ci ludzie głównie piją kawę i wiszą w pracy na internecie. Wiem, bo jak się wychodzi z biura to dokładnie można zobaczyć co mają na ekranach. Może walczyli o to, żeby kupili im lepsze monitory? Ludzie naprawdę nie mają pojęcia jak mają dobrze.
Strajkowali także na lotniskach. U nas też. Dzisiaj akurat mój mąż musiał gdzieś tam lecieć. W security była otwarta tylko jedna bramka, a kolejka wyglądała tak. Czekało się 2-3 godziny. Dodam, że security znajduje się na pierwszym piętrze.
Strajkowała też ochrona na lotnisku helikopterowym. Nie można było się dostać z i na platformy.
Podobno w jednym z więzieni, strażnicy wypuścili na wolność przestępców. Co prawda nie było to normalne więzienie, w którym wszyscy siedzą w celach, a raczej takie jak to z serialu Lillyhammer, ale jednak ... Normalnie poprzewracało im się w ...
Żebym to ja mogła sobie tak na jakiś czas zastrajkować ... Obawiam się jednak, że przy moim strajku, dom wyglądałby tak jak na obrazku poniżej.



Powoli strajki zaczynają się kończyć. Ale co z tego, skoro zaczynają się wakacje, a wiadomo, że w wakcje w Norwegii i tak wszystko śpi!
środa, 09 maja 2012
Jump, jump
The Mac Dad will make you, jump, jump
Daddy Mac will make you, jump, jump
Kris Kross will make you jump, jump

Trudno byłoby pisać o Norwegii gdyby nie poruszyło się tematu trampolin.
Generalnie w Stavanger większość dzieci ma w ogrodach trampoliny. I to nie te malutkie na jednego bobasa, tylko te wielgachne, na których można skakać całą rodziną. Łącznie z babciami i z dziadkami jak ktoś ma.
My nie mamy. To znaczy nie mamy trampoliny. Dziadków i babcie mamy.
Franek bardzo chciałby mieć takie cuś. Trampolinę mają za to prawie wszyscy nasi sąsiedzi. Ci z jednego boku, nie mają, bo są trochę za starzy. Natomiast ci z drugiego boku mają trampoline giganten. Szczerzę nienawidzę tych trampolin. Sąsiedzi twierdzą, że możemy sobie  przychodzić poskakać kiedy tylko chcemy. Nawet jak ich nie ma w domu. Gdyby ta trampolina stała w naszym ogrodzie, to nie miałabym nic przeciwko temu aby Franek sobie na niej skakał. Ale nie stoi, a mnie się nie chce stać w czyimś ogrodzie i go pilnować. Może powinniśmy ją kiedyś po prostu przesunąć?
Na trampolinie sąsiadów skacze się świetnie. Sąsiad rozkłada dzieci plackiem po 'kątach' i potem skacze, a dzieci odlatują w kosmos. W pozycji na placek. Oczywiście wszystkie to uwielbiają, a mnie ze strachu serce staje w gardle. Czuję się wtedy trochę tak jakbym razem z tym sąsiadem była członkiem klubu najgorszych rodziców świata.
Trampolina sąsiadów jest źródłem wielu ataków histerii. Teraz już nie tylko Franka, a także Billusia, który to znalazł sobie dziurę w żywopłocie, przez którą może się przeczołgać do sąsiadów. Dziurę tą BTW podobno zrobił sąsiad aby ich syn mógł przechodzić do nas! (Przepraszam, ale my nie zapraszaliśmy).
Córka sąsiada, która jest w wieku Franka niestety nie za bardzo lubi naszych synów. Nie chce się z nimi bawić i nie chce aby oni skakali na jej trampolinie. W sumie nie wiem dlaczego, bo przecież moi synowie to takie cudne aniołki. No może z wyjątkiem tego jednego razu kiedy to  Franek skakał i w pewnym momencie zdjął spodnie i majtki i skakał dalej. Załamałam się, bo od razu pomyślałam, że pewnie teraz sąsiedzi myślą, że u nas w domu cała rodzina skacze na golasa po łóżkach.
Franek od jakiegoś czasu naciąga nas na trampolinę. Mam nadzieję, że się nie damy. Nasza nauczycielka norweskiego twierdzi, że jeśli ją kupimy to na 100% będą do nas przychodziły norweskie dzieci z okolicy. Tak sobie poskakać. Podobno to normalne. Jeśli komuś to nie przeszkadza to nie ma problemu, ale jeśli ktoś nie lubi przy obiedzie oglądać skaczących obcych dzieci, to może warto ten pomysł przemyśleć.
W zeszłym roku chodziliśmy na darmową trampolinę przy jakimś domu w okolicach Trzech Mieczy, przy którym nikt nie mieszkał. Chodzili tam podobno wszyscy, więc poszliśmy i my.
Tak jak mówi nasza nauczycielka, to zupełnie normalne, że chodzi się poskakać na cudzych trampolinach.





piątek, 06 kwietnia 2012
Ukradzione od Lonegunmana z fejsbuka.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12